Nie maiłem zupełnie weny do pisania. Stąd brak wczorajszego wpisu. Nic na siłę.
Fallout 4 - poziom 35. Musiałem się trochę odstresować mordując stwory i inne potwory w post-apokaliptycznej przyszłości.
Postanowiłem jadać śniadania składające się z owocków. Dzisiaj wchłonąłem 2 kaki, 3 truskawki, półtora banana [pół zjadła Sara], kiść winogron. Całość zapiłem czarną bez cukru. Zobaczymy jak długo pociągnę.
Wczoraj zwiozłem dużą ilość książek, głównie technicznych i z nauk ścisłych. Niestety kilka dość wartościowych prac jest niekompletnych. Brakuje części tomów. Jest szansa, że gdzieś mam je na magazynie, jeśli nie, zostaną tam czekając na spotkanie z drugą lub trzecią 'połówką'.
Praktycznie cały dzień wczorajszy oraz również dzisiejszy spędzę przed komputerem próbując to wszystko ogarnąć. Jest z tym sporo roboty. Najpierw trzeba książki te przejrzeć i przygotować do zdjęć. Zrobić te zdjęcia i odpowiednio je obrobić. Zrobić nudne skany OCR-em, wycenić poszczególne pozycje, co czasami nie jest takie oczywiste i proste. No i w końcu powystawiać. Jako, że zostało ich jeszcze ponad sto obok biurka, to mam co robić.
Dobrze się właściwie złożyło, bo od rana leje niemiłosiernie, to świetna pogoda dla takiej roboty.
Dostałem mailowo kilka spisów książek do przejrzenia. Z takimi spisami jest przeważnie tak, że jak już ktoś zadał sobie trud zrobienia takiego spisu, to po pierwsze, w oczach sprzedającego od razu cena za książkę rośnie. Dwa - jak ktoś już taki spis ma, to na pewno nie tylko mi go wysłał. I tak szczerze, przeglądam te spisy, w których jest ponad 100 tytułów w każdym, zainteresowany jestem dwoma - trzema tytułami z każdego. Coś tego nie widzę.
Wreszcie miałem czas na obejrzenie kolejnego odcinka mojego ukochanego serialu. Na "Wyspie Dębów" panowie zawieźli rzekomo XV-wieczne nadstawki kowalskie do analizy na uniwersytet. Tam Pani uczona w temacie, pilnikiem w najbardziej widocznym miejscu opiłowała kawałek jednego z nich. Na podstawie analizy doszła do wniosku, że jest starszy niż XVIII wiek. Wszyscy zachwyceni tym faktem, oprócz zdemolowanej nadstawki oczywiście. W poprzednim odcinku georadar wskazał jakieś anomalie na plaży. Robią odwierty w tych miejscach chcąc przewiercić się przez kanał, który podobno tam się znajduje i służył do zalewania wodą szybu ze skarbem. Na podstawie innych odwiertów specjalista stwierdził, że bagno, w którym wiercili powstało 200-300 lat temu i wcześniej go nie było. Również w tym bagnie wykrywaczem metali odkryto chyba metalową płytę. Metalową na pewno, bo wykrywacz panu podobno wibrował silnie, ale czy płytę to tylko spekulują, bo nie widać co to właściwe jest. Jak to w bagnie. Nie wiem jak doczekam do następnego odcinka. Dobrze, że nie ogryzam paznokci.
Skończyłem czytać Autostopem przez galaktykę Douglasa, zabrałem się zgodnie z kolejnością wydarzeń za Restaurację na końcu Wszechświata. Może dowiem się o co chodzi z tym "42".
Śniadanie nie za bardzo kaloryczne było, więc co chwila tuptam w okolice lodówki. Odkryłem tam zapomnianą kapustę Pak Choi. Zrobię na obiad rosół w stylu chińskim. To świetne danie na zimę, bo rozgrzewa. Przepis jakby ktoś chciał podaję poniżej.
Składniki:
olej sezamowy lub taki do woka
imbir - spory kawałek
papryczka Chilli
anyż gwiaździsty.
mieszanka mrożona warzyw chińskich
groszek zielony lub fasolka szparagowa zielona, też z mrożonki.
bulion - w moim przypadku kostka rosołowa
sól, pieprz
Sos sojowy
Kapusta pekińska lub Pak Choi
Makaron ryżowy.
W wysokim garnku rozgrzewamy olej i na niego wrzucamy rozbity nieco tłuczkiem kawał imbiru, papryczkę chilli oraz anyż. Obsmażamy. Wlewamy litr wrzątku i kostki rosołowe lub w wersji prestiżowej bulion. Gotujemy. Ostrość całości zależy w dużej mierze od tego czy wyjmiemy w tym momencie imbir i chilli z wywaru. Dodajemy warzywa chińskie z mrożonki [trzeba sobie ułatwiać życie] posiekaną kapustę i gotujemy. Pod koniec tego procesu zielone warzywa - dopiero na koniec, żeby nie straciły koloru. Doprawiamy solą, sosem sojowym i pieprzem. Zupką taką zalewamy makaron ryżowy. Gotowe.
Wieczorem nastawiam kolejne wino. Tym razem jabłkowe, nazwane potocznie i swojsko 'jabolem" lub "jabcokiem".
Tu codziennie (no prawie) publikuję swoje wspomnienia, czasami też przemyślenia - nierzadko wstrząsające.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
10 kwietnia 2026, piątek. Nie chce mi się wymyślać tytułu.
Od rana łeb mnie napieprza i ogólnie czuję się tak jakoś byle jak. Może coś mnie bierze? Wyłazi jazda na motorze przy plus sześciu stopniach...
-
Coś sobie przypomniałem w związku z pierwszym kwietnia. W zeszłym roku (a może było to dwa lata temu?) w ramach żartu, napisałem na Grupie, ...
-
Pewne wydarzenie, a właściwie nieporozumienie doprowadziło do tego, że zresetowałem hasła do tego bloga i postanowiłem coś sklecić. Zupełnie...
-
Wczytałem się w archiwalne moje teksty. O kurczaki! Połowy z tych wydarzeń zupełnie już nie pamiętam. Utwierdza mnie to tylko w prowadzeniu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz