poniedziałek, 10 lutego 2020

10 lutego 2020, poniedziałek.

Normalnie szpital w domu. Żona chora, syn też, pies wyrżnął orła podczas skoku na kanapę i kuleje poobijany. Lazaret! Że mnie coś jeszcze nie bierze to chyba jakiś cud boski. 

Weekend upłynął na obijaniu się. Po kilku latach przerwy [nie wiadomo czemu właściwie przestałem oglądać transmisje] wróciłem do snookera. W World Grand Prix Neil Robertson pokonał Graeme Dott'a w finale. Jestem zupełnie asportową osobą. Nie interesuję się piłką nożną, siatkówką, skokami, w zasadzie każdy sport mnie nudzi, oprócz właśnie snookera. Wiem, dziwne. 

Walczę z bankiem od rana. Okazało się, że wygasł jakiś tam ich certyfikat i nie można było zlecić wpłat za przesyłki, których jest dziś wyjątkowo dużo. Nie dało się online, kartą płatniczą, dopiero po kilku próbach blikiem "poszło". Zmarnowałem na to z pół godziny. Wkurza mnie to. Wnerwia mnie też to, że program pocztowy wrzuca do spamu wiele wiadomości. Nie wiem od czego to zależy. Kiedyś wszystko było znacznie prostsze.

Dziesiąty = ogólnokrajowe wkurzenie przedsiębiorców. Znienawidzony ZUS. Jestem przedsiębiorcą do luftu, tak twierdzą rządzący. Jakbym znał się na tym co robię, to składka nie była by żadnym problemem według nich. 

Wczoraj skończyłem lekturę Restauracji na końcu wszechświata, zabrałem się zgodnie z kolejnością za Życie, wszechświat i całą resztę Douglasa. Pokonam cały cykl. Uparłem się.

Nowości nie przewiduję dzisiaj, raczej też niczego na grupę nie ogarnę z pudeł. Po południu muszę jechać po opakowania od pewnego szwedzkiego sklepu. Zejdzie mi się tam, bo zawsze schodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

10 kwietnia 2026, piątek. Nie chce mi się wymyślać tytułu.

Od rana łeb mnie napieprza i ogólnie czuję się tak jakoś byle jak. Może coś mnie bierze? Wyłazi jazda na motorze przy plus sześciu stopniach...