Obiad siedzi cicho w piekarniku i rumieni się ze wstydu. Miał być grill, właściwie to miał on być już wczoraj. W sobotę jednak znajomi wpadli tylko na kawkę w ogrodzie, a nie na umówiony wcześniej posiłek aromatyczno-dymny pozakrapiany. Posiedzieliśmy trochę z zachowaniem dystansu społecznego, mięcho zostało nieusmażone. Trunki też jeszcze w większości są. Przyznaję się, moja wina, że już nie ma wszystkich. To co przygotowane zostało wczoraj, miało dziś na obiad zgrillowane zostać, ale zaczęło lać. Z oddali w tej chwili słychać efekty dźwiękowe jak na początku pierwszej strony debiutu Black Sabbath. Tym sposobem wszystko wylądowało w piekarniku w kuchni. Grill-impreza została przeniesiona na środę, może i piątek. Zobaczymy.
Wczoraj trochę poczytałem zaległych książek, posiedziałem na słonku, pracą się nie skalałem. Potrzebne mi to było, żeby nie zwariować.
Dostałem potwierdzenie, że mogę odebrać książki, o których pisałem w piątek [te 8 regałów]. Jutro czeka mnie transport tego wszystkiego.
Żeby nie było za bardzo sielankowo, od rana dzisiaj przygotowuję sobie powoli zamówienia, które przyszły od piątku. Co mogę pakuję, zlecam wysyłki i takie tam. Będę jutro miał mniej do roboty. To już niedzielna tradycja.
Tu codziennie (no prawie) publikuję swoje wspomnienia, czasami też przemyślenia - nierzadko wstrząsające.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
29 maja 2026, piątek.
Napływ książek ze likwidowanej filii biblioteki trwa w najlepsze nadal. Pojechałem segregować ten cały bajzel, jednak odbiłem się od drzwi. ...
-
Coś sobie przypomniałem w związku z pierwszym kwietnia. W zeszłym roku (a może było to dwa lata temu?) w ramach żartu, napisałem na Grupie, ...
-
Pewne wydarzenie, a właściwie nieporozumienie doprowadziło do tego, że zresetowałem hasła do tego bloga i postanowiłem coś sklecić. Zupełnie...
-
Zagubione książki. Pr oza życia antykwariatu. Tak jest i koniec. Podobno w przyrodzie nic nie ginie... nie tyczy się to jednak antykwariató...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz